Przypadek, czy zrządzenie losu? Dziadek z Wolnego Miasta

  • 27.07.2012, 10:21
  • Katarzyna Korczak
Przypadek, czy zrządzenie losu? Dziadek z Wolnego Miasta
Rozmowa z prof. Cristine Maher, inżynierem budowlanym, wnuczką architekta Adolfa Bielefeldta, który aktywnie działał na terenie Wolnego Miasta Gdańska, zaprojektował m. in. gmach Kasy Chorych przy ul. Wałowej w Gdańsku, Zachodniopruski Zakład Ubezpieczeń Społecznych na Hucisku w Gdańsku, wille, domy wielorodzinne i jednorodzinne we Wrzeszczu i w Sopocie.

- Na wystawie „Architektura i Urbanistyka Wolnego Miasta Gdańska” w Domu Uphagena obejrzeć można cztery zdjęcia z pani zbiorów dzięki czemu wiemy, jak  pani dziadek, arch. Adolf Bielefeldt i jego rodzina wyglądali, jak mieszkali i jak się ubierali.

 

- Widzimy dziadka, arch. Adolfa Bielefeldta samego, z drugą żoną Annemarie, z domu Blumenthal i dziećmi z pierwszego małżeństwa – Joachimem, moim późniejszym ojcem, Urszulą i Barbarą - w ogrodzie ich sopockiego domu przy dzisiejszej ul. Mickiewicza 7 w Sopocie, na kolejnych fotografiach uwieczniona została rodzina w parku. Niewiele zdjęć rodzinnych się zachowało. Wkrótce po zrobieniu tych fotografii, 11 grudnia 1934 roku, dziadek Adolf zmarł, a stało się to nagle, w Ratuszu Staromiejskim przy ul. Korzennej w Gdańsku, w trakcie oczekiwania na służbowe spotkanie. Pochowany został na cmentarzu ewangelickim w Sopocie. Joachim, urodzony w 1910 roku i Ursula, urodzona w 1912 roku, jako dorośli, przebywali już poza domem. Mój ojciec Joachim studiował i nie powrócił już do Sopotu. Ursula wyszła za mąż za generała Gottfrida Webera, zamieszkali w Giżycku. Z macochą, która żyła z Adolfem niespełna trzy lata i nie miała z nim dzieci, pozostała najmłodsza córka, Barbara, urodzona w 1916 roku. Jednak wkrótce po śmierci dziadka Annemarie – wbrew woli dzieci - sopocki dom sprzedała. Córki i syn Adolfa do końca życia mieli jej za złe, że gniazdo rodzinne zbudowane specjalnie dla nich przeszło w obce ręce.  Annemarie z Barbarą wynajęły mieszkanie przy tej samej ulicy Mickiewicza w Sopocie, w 1945 roku, tuż przed zakończeniem  drugiej wojny światowej, po wejściu Armii Czerwonej, wyjechały z Sopotu do Herne w Westfalii. Wuj, generał Gottfrid Weber, mąż ciotki Urszuli, trafił do radzieckiego obozu jenieckiego, nie wiem, w jakiej  miejscowości i co tam przeżył. Dopiero w 1953 roku wyszedł na wolność, a stało się to po wstawiennictwie żon generałów, które uzyskały prywatną audiencję Adenauera, była wśród nich ciotka. Adenauer zwrócił się z apelem do władz radzieckich o uwolnienie ostatnich niemieckich generałów. I tak Gottfrid powrócił do ciotki do Niemiec, został jednym z wyższych generałów armii niemieckiej. Trzy lata później zginął w wypadku samochodowym, miał wielki państwowy pogrzeb.

- Czy w rodzinie przechowywana jest pamięć po Adolfie Bielefeldzie?

-  Jak wspomniałam, zdjęć pozostało po nim bardzo niewiele. W moim domu jest specjalna szafa, w której znajdują się materiały związane z dziadkiem, ta tradycja była w rodzinie ogromnie żywa. Najmłodsza córka dziadka, Barbara, która przez całe życie mieszkała w Herne, pozostała niezamężna, tam zmarła, najbardziej się dziadkiem interesowała i starała się wszystko, co było z nim związane, zgromadzić. Penetrowała czasopisma, z których sporządzała wycinki artykułów o nim. Wśród materiałów są zdjęcia nagrobka Adolfa Bielefeldta w Sopocie, które wykonała jego druga córka, moja ciotka, Urszula. Ciotka Barbara wszystko, co udało jej się zgromadzić, przekazała mnie. Niestety, to, co znajdowało się w pracowni dziadka – szkice, projekty, rysunki, wszystko zaginęło.

- Czy na cmentarzu ewangelickim w Sopocie jest jeszcze grób Adolfa Bielefeldta?

- Dziadek pochowany został w rodzinnym grobie obok swoich rodziców - Marie z domu Werminghoff i Hansa Bielefeldta oraz trzech poległych w czasie pierwszej wojny światowej ich synów, a jego braci: Ernsta, Waltera i Guntera. Wielki grób rodzinny Bielefeldtów pozostał, przyjeżdżała tam najmłodsza córka Adolfa, Barbara, a także Urszula, ale płyty z imieniem i nazwiskiem dziadka od lat 70. nie ma, zapewne ktoś inny został w tym miejscu pochowany.

- Cofnijmy się w czasie, jak dawno Bielefeldtowie obecni byli w Sopocie?

- W Sopocie mieszkał już – z rodziną - ojciec Adolfa, który uczestniczył w wojnie francusko – pruskiej w latach 1870 – 1871 i po jej zakończeniu trafił do Herne na terenie Westfalii. Tam też w 1876 roku urodził się Adolf Bielefeldt, najstarszy syn. Rodzina Bielefeldów powróciła do Sopotu w 1881 roku, ojciec Adolfa dzierżawił dom zdrojowy, był właścicielem hotelu „Park Hotel”, był członkiem władz miejskich, pracował w komisji budowlanej, miał duże zasługi w rozwoju infrastruktury technicznej miasta. Adolf uczył się w Gimnazjum św. Piotra i Pawła (Oberrealschule St. Petri und Pauli) w Gdańsku. W Karlsruhe zdał egzamin maturalny, uczył się ciesielstwa, następnie studiował w Wyższej Szkole Technicznej (Technische Hochschule). Po ukończeniu studiów pracował w spółce „Curjel & Moser”. Do Gdańska powrócił w 1905 roku.

- I zamieszkał w Sopocie.

- Dziadek architekt Adolf Bilelefeldt kupił w Sopocie jako inwestycję budowlaną trzy działki, na jednej z nich przy dzisiejszej ul. Mickiewicza 7 (dawniej 5 – 7), na wzgórzu, wybudował dla siebie i rodziny dom, dwie pozostałe działki zostały scalone i przeznaczone na duży ogród. Ten dom otoczony ogrodem, stoi do dziś. Dziadek ożenił się z Suzanne z domu Schulz i z nią miał – jak wspominałam - trójkę dzieci: Joachima, Urszule i Barbarę. W tym domu na dole urządził dla siebie dużą pracownię architektoniczną, okna wychodziły od strony skarpy, więc była bardzo dobrze oświetloną słońcem. Dwie kondygnacje poniżej powierzchni mieszkalnej znajdował się garaż, do którego podjeżdżało się z bocznej uliczki. Mój tata, Joachim Bielefeldt, urodził się w Sopocie w 1910 roku. Potem, również w Sopocie,  na świat przyszły jego siostry: w 1912 roku Urszula i w 1916 roku Barbara.  Tata studiował architekturę w Karlsruhe, ale mój ojciec nie  przejawiał szczególnego zainteresowania tym kierunkiem, właściwie marzył o pracy geologa i zaraz po śmierci ojca, mojego dziadka, w 1934 roku, przerwał studia architektoniczne. Jednak przez całe życie pracował w branży budowlanej, zajmując się kosztorysami. Nie przejął więc, jak marzył dziadek, po nim pracowni architektonicznej, ale pozostał w branży. Jak wspomniałam były dom dziadka Adolfa stoi do dziś. Rośnie w ogrodzie i kwitnie wspaniała magnolia, którą posadził jeszcze mój dziadek, teraz ta magnolia jest ogromnym drzewem. Obecni właściciele są dla mnie bardzo życzliwi, zaprosili mnie do wnętrza, wiedzą kto w tym domu mieszkał, są świadomi dorobku dziadka. Gdy wychodziłam, zobaczyłam panią fotografującą ten dom, zapytałam dlaczego, usłyszałam: „Bo tu mieszkał Adolf Bielefeldt”. Powiedziałam, że jestem jego wnuczką, pani ogromnie się ucieszyła i poprosiła, abym pozowała jej na tle tego domu. Zrobiło mi ciepło na sercu.

- Przydałaby się tablica upamiętniająca działalność dziadka.

- Myślę, że byłoby bardzo miło, jeśli nie na fasadzie domu, w którym mieszkał, to na murze ewangelickiego kościoła o w Sopocie, który zaprojektował.

- Urodziła się pani w Herne tak, jak dziadek Adolf.

- Mój ojciec, Joachim, w czasie drugiej wojny światowej był wcielony do armii niemieckiej i stacjonował w Norwegii, w 1945 roku wyszedł z obozu internowania, w drodze ukradł mu ktoś walizkę z rzeczami osobistymi. Mama podążała za nim, w Gąbinie, podczas bombardowania ostatnią walizkę pozostawiła w hotelu, który uległ całkowitemu zniszczeniu i pozostała bez niczego. Ojcu zaproponowano pracę: w kamieniołomach, albo w kopalni węgla kamiennego w Herne w Westfalii. Wybrał to drugie miejsce i osiedlili się z mamą w Herne.  Nie było wtedy w Herne żadnej naszej rodziny ani posiadłości. Więc urodziłam się i wychowywałam w Herne, tam, gdzie urodził się Adolf Bielefeld. Ale to był zupełny przypadek, a może zrządzenie losu? I tak rodzinne koło się zamknęło. Po zdaniu matury z Herne wyjechałam do Akwizgranu, miałam zamiar studiować architekturę, ale zabrakło mi punktów i się nie dostałam, zdecydowałam się na kierunek budowlany. Przez pierwsze miesiące uczęszczałam równolegle na zajęcia z architektury ale w końcu stwierdziłam, że budownictwo jest dla mnie najbardziej odpowiednie. Zdarzyło się tak, że pojechałam ze swoim ojcem, Joachimem, do Karlsruhe, w którym on i dziadek studiowali. Odbyliśmy podróż po mieście z osobą, która zajmowała się planowaniem przestrzennym i rozwiązaniami komunikacyjnymi. Ta osoba tak ciekawie opowiadała, że stwierdziłam, że to jest to, co mnie fascynuje i że tej dziedzinie się poświęcę. Specjalizuję się w rozwiązaniach komunikacyjnych. W czasie posiedzenia komisji komunikacyjnej Unii Europejskiej w Brukseli w 1988 roku poznałam swojego męża, prof. Mike Maher’a, matematyka, który specjalizuje się też w rozwiązaniach drogowych. W 1990 roku wyjechałam do niego do Anglii, mąż miał dwóch synów z pierwszego małżeństwa, których wychowaliśmy. Gdy urodził nam się syn, Patryk i przeprowadziliśmy się do Szkocji.

- Zatrzymała się pani w Sopocie, czy to przypadek?

- Nie. Przyjechałem, ponieważ w Uniwersytecie Gdańskim, na Wydziale Ekonomii w Sopocie, mam wykłady. To mój trzeci służbowy pobyt w tym mieście. Jestem koordynatorem międzynarodowego naukowego projektu Unii Europejskiej, który zakłada scalenie różnych form komunikacyjnych – tramwajów, samochodów, kolei, samolotów oraz transportu wodnego – w celu usprawnienia połączeń europejskich. Zadaniem seminarium, w którym obecnie biorę udział, jest opracowanie wizji komunikacji, jaka powinna funkcjonować w latach 2030 – 2050 w Europie. Gościłam również w Sopocie i Gdańsku – z mężem i synem - prywatnie, w 2003 roku, z okazji otwarcia w Muzeum Sopotu wystawy poświęconej działalności architektonicznej Adolfa Bielefeldta, ekspozycję sopocka placówka przygotowała wraz Oddziałem Dom Uphagena Muzeum Historycznego Miasta Gdańska. Odbyliśmy wtedy wycieczkę sentymentalną i obejrzeliśmy domy projektowane przez dziadka, porobiliśmy wiele zdjęć. Przyjazdy do Sopotu mają dla mnie znaczenie niezwykłe, mam wrażenie powrotu do domu, którego nie znałam.

- Dotarła pani na wystawę „Architektura i urbanistyka w Wolnym Mieście Gdańsku” w Domu Uphagena, gdzie uwidoczniony jest bogaty dorobek architektoniczny pani dziadka, już po wernisażu.

- Obejrzałam ekspozycje bardzo dokładnie i z wielkim wzruszeniem. Cieszę się, że pamięć o nim jest przywracana. Cała wystawa jest bardzo udana i ważna.

Żałuję, że nie żyje już ciotka Barbara, która zmarła w pewnym zgorzknieniu. Po powrocie z wizyt po wojnie w Sopocie opowiadała, że w domach, które zaprojektował jej ojciec, a mój dziadek, mieszka po pięć, sześć rodzin, że są one zaniedbane. Byłaby wielce szczęśliwa i usatysfakcjonowana, gdyby obejrzała obie wystawy i przeczytała książkę monograficzną o swoim ojcu, gdyby miała świadomość, że pamięć o nim w Gdańsku, Sopocie, nie zaginęła.

* * *

Dziękuję dr. Ewie Szymańskiej, kierownikowi Oddziału Dom Uphagena Muzeum Historycznego Miasta Gdańska, za pomoc merytoryczną i językową w przeprowadzeniu tej rozmowy.

W tekście wykorzystałam wiadomości na temat Adolfa Bielefelda z rozdziału „Architekt Adolf Bielefeldt. Działalność na terenie Gdańska i Sopotu” Wojciecha Szymańskiego (Dom Uphagena) Oddział Muzeum Historycznego Miasta Gdańska zamieszczonego w książce „Architekt Adolf Bielefeldt 1876 – 1934. Książka ukazała się w 2003 roku i została sfinansowana przez Muzeum Historyczne miasta Gdańska, Muzeum Sopotu i Fundację Współpracy Polsko – Niemieckiej ze środków Republiki Federalnej Niemiec.

Zdjęcia współczesne: Ewa Grela, materiały Oddziału Dom Uphagena Muzeum Historycznego Miasta Gdańska

Katarzyna Korczak

Zdjęcia (1)

Podziel się:
Oceń:
 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe