Nieznana historia Romana Bellwona

Nieznana historia Romana Bellwona
To wyrażenie – powszechnie znane od lat w polskim języku, oznaczające godną postawę w sytuacji zagrożenia czy też kuszenia korzyściami, w zamian za wyrzeczenie się własnych przekonań, wiary, ideałów – w ostatnim czasie jest często przypominane w formie cytatu. W sierpniu 1946 roku 17-letnia Danuta Siedzikowna „Inka”, skazana na śmierć przez komunistyczny sąd w Gdańsku, odmawia podpisania prośby do Bieruta o łaskę a w ostatnim grypsie więziennym pisze: Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba…

Widocznie jest jakiś gdański genius loci, który sprzyja zachowaniu się jak trzeba. Kilka lat przed „Inką”, w marcu 1940 roku, pewien młody Polak z Gdańska odznaczył się heroizmem nie mniejszym niż ta dzielna dziewczyna. Pora, by był znany mieszkańcom Pomorza i by stał się wzorem godnego zachowania – nawet w warunkach ekstremalnie trudnych.

Roman Bellwon
miał 22 lata i był synem Michała i Balbiny Bellwonów z Wolnego Miasta Gdańska. Michał Bellwon – współorganizator Poczty Polskiej, prezes Towarzystwa Ludowego „Gwiazda”, członek Zarządu Gminy Polskiej Związku Polaków – był dla żyjących w nieustannym zagrożeniu gdańskich Polaków prawdziwym autorytetem. Jego pogrzeb w roku 1948 był ostatnią, wielotysięczną manifestacją tej wymierającej już dziś społeczności. Został pochowany na gdańskim cmentarzu Srebrzysko.

Roman został aresztowany przez Niemców już 1 września. W czasie bandyckich „przesłuchań” w piwnicach Viktoria Schule pokazano mu kałużę krwi i powiedziano, że to krew jego brata Edmunda. Zrobiono mu tą krwią czerwony krzyż na czole... Potem trafił do KL Stutthof. Z jakichś powodów Niemcom zależało na tym, by go złamać. Pewnie chodziło o to, by wiadomość o dobrowolnym przyjęciu opcji niemieckiej przez syna znanego działacza polskiego (ukrywającego się wówczas w okupowanej Warszawie), złamała wahających się i przyspieszyła proces likwidacji społeczności polskiej na terenie Wolnego Miasta (stanowili tam 9% ogółu ludności) i całego okręgu Rzeszy Danzig-Westpreussen. Roman Bellwon dostał kilkudniową przepustkę z KL Stutthof na przemyślenie sprawy. Powiedziano mu wprost, że pozostanie przy opcji polskiej oznacza powrót do obozu.

W czwartek 21 marca 1940 roku Roman Bellwon stanął, wraz ze swą matką, przed niemiecką komisją. Wystarczyło powiedzieć: wir sind Danziger. Nie jesteśmy Polakami, jesteśmy tutejsi… Tylko tyle i byliby wolni. Nikt by im tego po wojnie nie miał za złe, wszak bronili życia. Jednak oni powiedzieli Niemcom, że są Polakami. Nie chcieli być złym przykładem dla rodaków. Dla Niemców byli skończeni. Roman musiał wrócić do KL Stutthof, a jego matkę Balbinę w kwietniu ponownie aresztowano i osadzono w strasznym KL Ravensbrück, gdzie w nieludzkich warunkach umierały nawet młode, silne kobiety.

Balbina Bellwon
miała wielką wolę życia. Kilkakrotnie, dzięki pomocy współwięźniarki pani Boltowej, żony wojewody pomorskiego, cudem uniknęła śmierci. W 1945 roku została uratowana przez hrabiego Bernadotte, który najstarsze więźniarki wywiózł do Szwecji. Wróciła w grudniu 1945 roku do sowietyzowanego kraju, gdzie w roku 1950 umarła w biedzie.

Jestem kim jestem…
Jaka była geneza heroicznej postawy przed niemiecką komisją? Kto podejmował decyzję? Matka czy syn? Sprawę wyjaśnia zachowany w rodzinnym archiwum list Romana Bellwona, wysłany do kuzynki w czasie obozowego „urlopu”. Jest to jeden z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających dokumentów, dotyczących pomorskich Polaków czasu ostatniej wojny. Roman Bellwon pisał: Ponieważ jestem, kim jestem, wrócę tam, gdzie byłem… Nic to, nawet jeśli przyjdzie umrzeć. Bo przecież: „I ten szczęśliwy, kto padł wśród zawodu, jeżeli poległym ciałem dał innym szczebel do sławy grodu”…

Niesłychane! W takich okolicznościach cytować Odę do młodości Mickiewicza! Jakże on nie chciał wracać do tego strasznego obozu! A jednak wrócił, by pozostać kim jest, by dać świadectwo, by – mówiąc słowami „Inki” – zachować się jak trzeba. Przeżył obóz!

Cud wielkanocny
Kilka dni obozowego „urlopu” uratowało Romanowi życie. Gdy go nie było, zbrodniarze urządzili tam pamiętny Wielki Piątek 22 marca 1940 roku, nazywany dziś czasem pomorskim Katyniem. Zabili w pobliskim lesie wyselekcjonowanych 67 Polaków z Wolnego Miasta Gdańska. Wiadomo od więźniów, którzy przeżyli, że Romana Bellwona też wywoływano na tym apelu. Nie uniknąłby śmierci. I zdarzył się cud… Nie wszystko zagrało tym razem w niemieckiej buhalterii.
Jednak rodzina Bellwonów złożyła w tej wojnie krwawą ofiarę za swą wierność Polsce. Ofiarę, której nie wolno nam zapominać.

Wiktor Bellwon
był bratem Romana. Poprzez KL Stutthof, został osadzony w KL Mauthausen-Gusen. Jak poświadczyli uratowani współwięźniowie, 17 grudnia 1940 roku wracał z kamieniołomów z głazem w rękach, który kazano mu nieść do obozu – w ramach jakiejś nieludzkiej „kary”. Doszedł ostatnim wysiłkiem. Upadł pod barakiem, nie miał już sił, by ponownie stanąć na nogi. Koledzy na placu usłyszeli strzał. Gdy wrócili z apelu, już go nie zastali...

Łucja Bellwon
- współpracowniczka Polskiej Agencji Telegraficznej i wspaniała instruktorka harcerska, została zawieziona do Viktoria Schule, gdzie przechodziła przez bandycki, niemiecki korytarz. Koledzy doradzili jej, by szła początkowo wolno, aby powstała przestrzeń przed poprzedzającymi ją bitymi rodakami, a potem szybko, chroniąc głowę rękami…

Została po kilku dniach zwolnienia, jednak potem wywieziono ją wraz z synem Zbigniewem do obozu w Toruniu. Gdy w obozie wybuchła epidemia tyfusu, zgłosiła się na opiekunkę dzieci polskich, które umierały w baraku zakaźnym osamotnione, bez matczynej opieki. Zaraziła się i umarła na tyfus 22 kwietnia 1942 roku. Trzy lata później, w takich samych okolicznościach, umrze w KL Dachau bł. ks. Stefan Wincenty Frelichowski, patron harcerstwa polskiego. Nasza Łucja była instruktorką harcerską i wychowawczynią młodzieży polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. Dwoje wybitnych instruktorów harcerskich, nie wiedzących nic o sobie wzajemnie, oddalonych od siebie o kilkaset kilometrów, podejmuje taką samą decyzję w takim samym miejscu… Jak tu nie wierzyć druhowi Wickowi, gdy pisze w swoim przedwojennym pamiętniku, że społeczeństwa, które składałyby się z harcerzy, byłyby najszczęśliwsze... A może sprawa jest prostsza? Może po prostu chodzi o to, że są ludzie, którzy nawet w najpodlejszych warunkach potrafią zachować się jak trzeba…

Zawsze wierni
Michał Bellwon przeżył Powstanie Warszawskie w domu przy ulicy Pięknej i obóz w Pruszkowie. Po wojnie wrócił do Gdańska. Nestor Polonii gdańskiej, otoczony był przez Polaków szczególnym szacunkiem. Niezapomniany był pogrzeb Michała Bellwona i tłumy, które odprowadzały go na cmentarz. To był ostatni akt historii Polaków z Wolnego Miasta Gdańska – udręczonych, straszliwie okaleczonych za wierność Polsce, rozczarowanych rzeczywistością powojennej, skomunizowanej Polski.

Dziś twarzą przedwojennego Gdańska, w polityce polskich władz miasta, jest niemiecki pisarz, w młodości esesman Günter Grass. Ostatni już przedstawiciele Polonii gdańskiej odchodzą na zawsze. Jeśli zapomnimy o nich, przestaniemy być sobą i nigdy nie będziemy mogli powiedzieć, że zachowaliśmy się jak trzeba. Rozumiał to dobrze Roman Bellwon.

Piotr Szubarczyk
IPN Gdańsk


W najbliższym czasie opublikowane zostaną kolejne cześci cyklu 75 rocznica mordu działaczy Polonii Gdańskiej

Spis dotychczasowe publikacji można znaleźć pod linkiem

http://www.portalpomorza.pl/strona/75-rocznica-mordu-dzialaczy-polonii-gdanskiej


Admin Admin
Podziel się:
Oceń:
 

Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

D.S.v.D
D.S.v.D 17.10.2015, 18:59
Bardzo ciekawa historia.


Pozostałe