Trójmiasto może przejąć filmowy projekt amerykańskiego producenta?

  • 04.10.2019, 09:43
  • mat. prasowe
Trójmiasto może przejąć filmowy projekt amerykańskiego producenta? Foto: plan zdjęciowy „No Second Chances”/ Halina Jasińska - Sowa Marketing

Podziel się:

Oceń:

Pierwotnie producent interesował się terenami portowymi i stoczniowymi w Szczecinie. Niewykluczone, że swoje zamierzenia zmieni i plan zdjęciowy przeniesie do Trójmiasta. Wszystko przez wypowiedź polityka?

„No Second Chances” to projekt, który wzbudził ogromne zainteresowanie ogólnopolskich mediów. Jest produkcją realizowaną na skalę międzynarodową, jest wielce prawdopodobne, że premierę będzie miał na znanej i cenionej platformie VOD, Netflixie. Serial jest pierwszą z planowanych produkcji realizowanych na terenie Polski. Producent z Kalifornii zamierza bowiem zainwestować w studio filmowe w naszym kraju,a co za tym idzie, nad Wisłą realizować międzynarodowe projekty.

Zdjęcia do pilotażowego odcinka „No Second Chances” miały miejsce w Wielkopolsce, wiadomo, że producent jest zainteresowany kolejnymi lokalizacjami na terenie Polski. Wiadomo też, że w jednym z odcinków bohaterowie mają się pojawiać w portowej i stoczniowej scenerii. Pierwotnie QUPI Inc. interesowało się szczecińskimi plenerami, ale może zmienić plany. Dlaczego? Chodzi o wypowiedź jednego z lokalnych polityków (związanego z władzami portu oraz stoczni), który zapytany o przez lokalnego dziennikarza o ewentualną współpracę z producentem stwierdził, że nie ma tam miejsca dla tego rodzaju realizacji. Zyskać może na tym Trójmiasto, zarówno Gdynia, jak i Gdańsk dysponują ciekawymi terenami, które doskonale mogą oddać klimat realizowanej produkcji.

Trójmiasto jak Paryż lub Rzym?

Duże projekty filmowe, które mogą rozsławić miasto lub region,zwykle wymagają sporych nakładów finansowych. Przykład? Kraków, który chciał Woody`ego Allena, nie sprostał jego oczekiwaniom. Znany w świecie reżyser był zainteresowany kręceniem w Małopolsce, ale postawił warunek. Kraków musiałby wesprzeć produkcję środkami w wysokości od 10 do 15 milionów dolarów. Woody Allen wcześniej kręcił swoje filmy w innych miastach, takich jak Paryż („O północy w Paryżu” – koszt produkcji wyniósł 17 milionów dolarów), czy stolicy Włoch („Zakochani w Rzymie”). Krakowa na taką inwestycję filmową nie było stać i pomysł szybko upadł.

Czy Trójmiasto mogłoby zaistnieć na filmowej mapie świata? Okazuje się, że tak. I nie zawsze same pieniądze są najważniejsze.

Trójmiasto ma potencjał

W pilotażowym odcinku „No Second Chances” zagrała Karina Michewicz, tancerka związana z Trójmiastem, tutaj jeszcze nie tak dawno temu studiowała kosmetologię na WSZUiE w Gdyni. Choć produkcja jest międzynarodowa, to na planie znalazło się kilku innych aktorów z Polski (Paweł Sakowski, Ilona Janyst). W Trójmieście mieszka wielu młodych i zdolnych aktorów, a także osób, które mogłyby dostać angaż przy postprodukcji filmu, dodając do tego atrakcyjne plenery, nie dziwi, że przedstawiciele amerykańskiego producenta z dużym zainteresowaniem zaczęli spoglądać na Trójmiasto.Nieoficjalnie mówi się, że o ewentualnej lokacji zdjęć w portowej scenerii zadecyduje chęć współpracy lokalnego samorządu, który mógłby ułatwić dostęp do oczekiwanych plenerów.

Rynek filmowy dynamiczniejszy niż urzędnicy?

W Gdyni od lat funkcjonuje Fundusz Filmowy. Co roku prowadzi nabory wniosków i dofinansowuje projekty filmowe. Podobnie producentów wspierają fundusze filmowe w innych częściach Polski, choć każdy z nich działa w inny sposób. Sprawdziliśmy: w przypadku Poznania, najbliższy nabór wniosków w Poznań Film Commission ruszy w pierwszym kwartale 2020 roku, na stronie internetowej organizacji trudno o informacje, w jakim terminie będą wnioski rozpatrywane i kiedy ewentualne wsparcie miałoby nastąpić. Wymagania wobec producenta są duże: kompletny wniosek musi zawierać m.in. scenariusz filmu wraz potwierdzeniem prawa do scenariusza lub licencja wyłączna na posługiwanie się nim, precyzyjny kosztorys, listy intencyjne, kopie umów lub inne dokumenty potwierdzające współfinansowanie filmu oraz udział koproducentów, wyliczenia wskaźników oczekiwanych przez producenta rezultatów, w tym krótka charakterystyka odbiorców, spodziewana liczba widzów, zainteresowanie TV, plan promocji, plan dystrybucji i rozpowszechniania filmu, wskazanie obsady aktorskiej. Te wytyczne wobec potencjalnego wnioskobiorcy nie zawsze pokrywają się z realiami rynku. Jak mówi poznański aktor, Paweł Sakowski, niekiedy producenci najpierw realizują projekt, a dopiero później szukają dla niego klientów.

- W takim przypadku nie da są się złożyć kompletnego wniosku, a co za tym idzie, trudno o wsparcie finansowe samorządu – wyjaśnia. – Nie tylko Wielkopolska boryka się z tym zagadnieniem, obecnie w branży filmowej działa coraz więcej niezależnych producentów, którzy najpierw wykonują produkt, jakim jest film, a dopiero później go sprzedają. Ta formuła produkcji uniemożliwia już na starcie oszacowania potencjalnej ilości widzów, czy miejsca emisji, to można zrobić dopiero po tym, jak film się sprzeda – dodaje.

Lublin wydał 4 miliony

W ciągu 10 lat Lubelski Fundusz Filmowy wsparł 30 produkcji na łączną kwotę nieco ponad 4 milionów złotych, co daje średnio około 133 tysięcy złotych na film. Ze środków lubelskiej organizacji skorzystać w zasadzie może każdy, kto ma pomysł na produkcję reklamowo-filmową, zarówno profesjonalni producenci, jak i studenci.

Co decyduje o przyznaniu jakiejkolwiek formy pomocy ze strony funduszu?

- Rozpatrujemy każdą prośbę i zgłoszenie, natomiast o dofinansowaniu, o ile to nie jest nagroda w konkursie przez nas organizowanym, decyduje „lubelskość” produkcji, czyli wizerunek miasta, bohaterowie miasta, itp., decyduje prezydent miastalub wybitny walor artystyczny filmu – informuje Łukasz Borkowski z Wydziału Kultury lubelskiego magistratu.

Dodaje, że osoby związane z Lubelskim Funduszem Filmowym na bieżąco prowadzą rozmowy z producentami zachęcając ich do pracy na terenie Lublina.

Damian Ratajczak, przedstawiciel kalifornijskiego QUPI Inc., który zamierza zainwestować w stworzenie niezależnej wytwórni filmowej na terenie Polski, z dużą ostrożnością wypowiada się o możliwościach finansowych samorządów.

- Wrocław, Lublin, a nawet Warszawa nie mogą równać się z Rzymem, Paryżem, Barceloną, czy wieloma innymi miastami Europy jeśli chodzi o możliwości finansowe przy tego rodzaju projektach – tłumaczy. – Żyjemy tu w innych realiach, a fundusze filmowe niestety są w tyle za dynamicznymi zmianami, które postępują w branży filmowej. Nie tak dawno czytałem w prasie o jednym z takich funduszy, który do niedawna dysponował roczne kwotą jedynie 90 tysięcy złotych. Moim zdaniem to zdecydowanie zbyt skromny budżet, ledwie będący wstanie wspomóc tylko jedną produkcję, ale o całkowitym jej sfinansowaniu możemy zapomnieć, ponieważ nie odpowiada to obecnym kosztom produkcji filmowej. Mówimy oczywiście o poważnym filmowaniu, a nie kręceniu filmików promocyjnych – wyjaśnia.

Pieniądze to nie wszystko

Różnorodne góry, Bałtyk, tereny nizinne, wreszcie kraina mazurskich jezior i wiele skansenów historycznych – Polska ma ciekawe tereny i plenery, nie dziwi więc, że rośnie zainteresowanie naszym krajem wśród filmowców. I nie mówimy tu o rodzimych produkcjach, ale ekranizacjach, które są dziełem twórców zza oceanu.

- Polska ma doskonałe warunki do realizacji międzynarodowych projektów– mówi Damian Ratajczak.

QUPI Inc. zamierza zainwestować w wytwórnię filmową, będzie ona prawdopodobnie zlokalizowana w Wielkopolsce.

-Stawiając na rozpoznawalność międzynarodową,chcemy stworzyć zupełnie nową jakość, jakiej do tej pory w polskiej kinematografii nie było – tłumaczy.

Dlaczego kalifornijski producent wybrał Polskę?

- Nie zakładamy wyciągania pieniędzy od samorządów, choć po cichu liczymy na ich wsparcie, zdając sobie sprawę, że współfinansowanie to trudny temat. Polska nie jest tania, nieuchronnie zbliża się do zachodu jeśli mówimy o kosztach produkcji filmowej – tłumaczy Damian Ratajczak.

Potwierdza, że funkcjonowanie regionalnych funduszy filmowych jest dla wielu producentów nieodzowną pomocą logistyczną. Ułatwia to zdobywanie wszelakich pozwoleń na zajęcie terenów pod plan filmowy, czy też doradztwo w sprawie organizacji plenerów pod konkretne sceny.

- To prawda, z jednej strony jesteśmy w stanie w ramach przyznanego budżetu wesprzeć finansowo produkcje, z drugiej strony proponujemy pełną koordynację i współpracę pomiędzy producentema służbami miejskimi i mundurowymi, pomagamy w znalezieniu lokalizacji, załatwianiu pozwoleń, a nawet organizacji castingów – informuje Łukasz Borkowski.

Nie zawsze takie wsparcie da się finansowo oszacować, ale nie ma w tym wypadku żadnych wątpliwości: na tej formie współpracy producenci oszczędzają i pieniądze inwestorów, i równie cenny czas. I tutaj pojawia się idea kręcenia serialu na terenach portowych. Szczecin czy Trójmiasto? O ewentualnej lokacji plenerów może zdecydować aktywność lokalnych Funduszów Filmowych i ich gotowość do pomocy, przede wszystkim logistycznej. I nie ma wątpliwości: ulokowanie międzynarodowej produkcji na terenie Trójmiasta byłoby znakomitą promocją dla polskiego Pomorza.

Scenerie, jakich nie można znaleźć nigdzie indziej?

Kilka tygodni temu w Wielkopolsce zakończyły się zdjęcia do filmu „No Second Chances”, producenci z Kalifornii zamierzają sprzedać produkt jednej z platform VOD, głośno mówi się o Netflixie, choć nikt tej informacji oficjalnie nie potwierdził. Projekt realizowany w Poznaniu i jego okolicach wzbudził ogromne zainteresowanie mediów.

- „No Second Chances” jest takim produktem, mimo, że produkcja jest międzynarodowa i w całości realizowana jest w języku angielskim, to na planie pojawiają się aktorzy z Polski – mówi Damian Ratajczak. – W Polsce z moim wspólnikiem dostrzegamy mnóstwo talentów, ludzi, którzy zwykle bardzo się tu marnują albo uciekają za granicę. Stąd nasza decyzja: produkować amerykańskie filmy w Polsce, w dużej mierze z polską ekipą – tłumaczy.

O profesjonalizmie polskich twórców mówi również Paweł Sakowski, który miał okazję debiutować w najbardziej znanym serialu świata, w „Grze o Tron”. Wprawdzie jego rola w tej superprodukcji była epizodyczna, ale mimo wszystko ma porównanie, jak wyglądają plany zdjęciowe w Polsce i na świecie.

- Nie mamy się czego wstydzić, powiem więcej, uwarunkowania geograficzne sprawiają, że Polska ma ogromne możliwości jeśli chodzi o tworzenie planów zdjęciowych – mówi Paweł Sakowski. – Operatorzy kamer, specjaliści od postprodukcji, charakteryzatorzy, projektanci strojów… polscy artyści są równie utalentowani jak i ci, którzy pracują na planach najbardziej znanych i kasowych filmów – nie ma wątpliwości.

Jak się okazuje, polskie portyi tereny stoczniowe przyciągają niczym magnes, a producenci coraz chętnej spoglądają na te scenerie. Są unikatowe w skali całej Europy.

- Mogę jedynie potwierdzić, że przestrzenie portowe i stoczniowe doskonale pasowałyby do naszych filmowych planów. Mamy przeświadczenie, że drugiego takiego miejsca nie znajdziemy, nie tylko w Polsce, ale i w żadnym zakątku Europy – zdradza Damian Ratajczak.

Na razie nie wiadomo, czy kalifornijski producent zdecyduje się na zdjęcia w Trójmieście, czy wybierze inne miasto. Nie ma natomiast wątpliwości, że Trójmiasto może zaistnieć na mapie światowego kina.

mat. prasowe

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe