Powrót do Ojczyzny pod okiem sowieckich żołdaków. Wspomnienia rodziny Weiss (2)

  • 07.08.2021, 08:00
  • Wawrzyniec Mocny
Powrót do Ojczyzny pod okiem sowieckich żołdaków. Wspomnienia rodziny… wikipedia.pl

Podziel się:

Oceń:

Przedstawiamy drugą ostatnią, wojenną część losów rodziny Weiss dotyczącą powrotu z robót przymusowych w III Rzeszy do Polski. Tym razem rodzina borykała się nie tylko z prześladowaniami rasistowskimi, co z brakującą żywnością, chaosem ostatnich dni wojny i nieprzewidywalnymi sowieckimi żołdakami, rabującymi co popadnie. Najgorsze było jedna zetknięcie się z UB-owcami po powrocie do Tczewa.

„Działania wojenne zakończyły się 8 maja 1945 r., a nasza rodzina wciąż tkwiła w Stralzundzie w upadającej III Rzeszy. Na początku sierpnia otrzymaliśmy wiadomość, że przygotowuje się transport Polaków do Ojczyzny.

 

Mama chowaną przez nas gęś z młodymi zamieniła na przetwory - weki, które złożone zostały do skrzyni z maszyną do szycia (wolna przestrzeń między blatem a pedałem). Z całym bagażem zostaliśmy przewiezieni na stację kolejową Schwerin i załadowani do wagonu - węglarki. Do pilnowania tego transportu wyznaczony został podoficer Starszyna. Transport zatrzymał się na stacji Neubrandenburg, blisko Odry i odstawiony na boczny tor. Nadeszła noc. Przez stację przemieszczały się co chwila transporty z wojskami pancernymi i wystarczyło, że któryś z transportów na chwilę się zatrzymał i mieliśmy „odwiedziny” żołnierzy, z których jeden siadał w szczycie wagonu z bardzo dużą latarką a dwaj inni zajmowali się penetracją wagonu w poszukiwaniu zdobyczy. Od matki zażądał oddania pierścionka grożąc, że utnie jej palec. Skończyło się na tym, że zagarnęli cztery rowery twierdząc, że to germańskie. Opiekun naszego transportu - jakby go nie było, palił sobie papierosa. Zaczęło świtać. Ojciec zdobył się na odwagę i poszedł do komendanta stacji. Ten wysłał patrol i ten Starszyna musiał oddać pas z bronią i został odprowadzony do aresztu.

 

W Szczecinie transport ponownie został wyłączony ze składu i postawiony do rozładowania, ponieważ wagon był potrzebny dla wojska. Bagaż rozłożyliśmy u podnóża skarpy. Niedaleko rozciągało się pole poorane licznymi lejami po pociskach i spalonymi czołgami T-34. Naszym bagażem zaczęli interesować się żołnierze rosyjscy i ojciec nie czekając na wydarzenia pofatygował się do Polskiej Komendy Wojskowej (dodam, że ty zawiodła informacja pozioma). Ci przysłali do pilnowania żołnierzy polskich. Tu miałem okazję zobaczyć polskiego żołnierza z pepeszą z okrągłym magazynkiem. Rosjanie na taki widok nie odważyli się podejść do nas.

 

Rano komenda wojskowa przysłała pojazdy wojskowe i przewiozła nas do punktu etapowego - Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, mieszczącego się w zamku szczecińskim. Był 8 sierpnia 1945 r.

Następny etap to ponowne przewiezienie bagażu do dworca Sztetin Scheune - Szczecin Dąbie do pociągu Szczecin - Bydgoszcz. Naszą skrzynię z maszyną trudno było umieścić w wagonie 2-3 klasy przedwojennej i przekazaliśmy ją do wagonu bagażowego (wagon towarowy 2-osiowy) pod opiekę pracownika kolejowego. Do stacji Bydgoszcz Główna dotarliśmy w godzinach popołudniowych trasą przez Krzyż (trasa przez Nakło była wówczas jeszcze nieczynna). Zostaliśmy zaprowiantowani z noclegiem w budynku drużyn konduktorskich. Następnego dnia kontynuowaliśmy naszą podróż w wagonie, w którym umieszczona była maszyna do szycia. Wagon ten doczepiono do składu Bydgoszcz - Gdynia.

W Tczewie zostaliśmy podstawieni do rozładunku pod rampę do załadunku żywca. Było to po południu - 15 sierpnia. Po 5 latach i 10-ciu miesiącach skończyła się wymuszona przez wroga rozłąka i szczęśliwi wróciliśmy do Tczewa. Niestety z mocnym uszczerbkiem na zdrowiu ojca, którego starszy już wiekiem działacz bojówek SA uderzył prętem w twarz wybijając zęby...

 

Gdy wróciliśmy do domu nasze mieszkanie było zajęte i z konieczności trafiliśmy do punktu repatriacyjnego przy ul. Lecha - murowanego baraku z sanitariatami.

 

Rano komenda wojskowa przysłała wozy wojskowe i przewiozła nas do punktu etapowego - Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, mieszczącego się w zamku szczecińskim. Był 8 sierpnia 1945 r.

 

W listopadzie ojciec otrzymał wezwanie do Urzędu Bezpieczeństwa, mieszczącego się w budynku przy ul. 30 Stycznia - naprzeciw szpitala. Było popołudnie a ojciec nie wracał, więc mama zaniepokojona poszła do UB z zapytaniem o powód przetrzymywania. Otrzymała odpowiedź, że już żywy nie wróci. Szok! Wracała na ul. Lecha szlochając z rozpaczy. Na wysokości cmentarza ewangelickiego zainteresowali się nią przechodzący tczewianie pytając co się stało.

Ruszyła lawina ludzi, którzy znali rodziców jeszcze przed wojną, w tym piekarz - Antoni Kurek, który przebywał na przymusowych robotach w Niemczech i zakończył pobyt w obozie Stutthof. W wyniku ich interwencji ojciec został wypuszczony. Okazało się, że ci młodzi pracownicy UB pochodzili z Gorzędzieja - miejscowości za Bałdowem i nie znali tczewian z ich aktywności w życiu publicznym.

 

Święta Bożego Narodzenia obchodziliśmy już w mieszkaniu, które musieliśmy opuścić w listopadzie 1939 r. Były to święta bardzo skromne, ale tu, jak zwykle, pomysły mamusi zaowocowały tym, że każdy coś na talerzu otrzymał. Co by nie powiedzieć - do kawy nie zabrakło drożdżówki z kruszonką.”

 

Opr. (tomm)/Zenon Weiss

Wawrzyniec Mocny

Zdjęcia (1)


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe