ROZMOWA TYGODNIA: W 6 miesięcy samotnie pokonała 15 tys. kilometrów, odwiedzając 12 europejskich państw

  • 27.11.2021, 13:25
  • Jacek Trzosowski
ROZMOWA TYGODNIA: W 6 miesięcy samotnie pokonała 15 tys. kilometrów, odwiedzając…

Podziel się:

Oceń:

Robi zdjęcia, podróżuje i ćwiczy jogę. W wolnych chwilach pisze książkę i robi prelekcje dla licealistów. Kilka tygodni temu wróciła z niesamowitej wyprawy rowerowej, podczas której odwiedziła 12 krajów i pokonała 15 tys. kilometrów. Na każdym kroku udowadnia wszystkim, że nie ma rzeczy niemożliwych, a jedynymi barierami, które nas ograniczają są te, w głowie. Mowa oczywiście o Oli Mae Orlikowskiej, która sama zaznacza, że jest bezgraniczną optymistką. O tym, kogo spotkała na trasie, jakie przytrafiły się jej przygody i dlaczego warto spełniać swoje marzenia - przeczytacie w rozmowie z naszą dzisiejszą bohaterką.

- Jest Pani niewątpliwie ciekawą osobą, pełną pasji i energii. Może przybliży Pani swoją postać naszym Czytelnikom?
- Z zawodu jestem fotografem, z przypadku uprawiam jogę, a z wyboru podejmuje postrzelone decyzje. Przez prawie 6 lat mieszkałam w Stanach, w Londynie pracowałam na jednym planie zdjęciowym z Helen Mirren, a kiedyś w burzy zbiegłam w dół Wielkiego Kanionu i wbiegłam z powrotem. Jestem bezgraniczną optymistką, dostaję głupawki, kiedy jestem zmęczona, a pogłoski głoszą, że zdarzyło mi się piszczeć ze szczęścia na widok koźląt.


- Kilka tygodni temu wróciła Pani z wyjątkowej, 13-miesięcznej, wyprawy rowerowej. Skąd w ogóle wziął się ten pomysł? Kto Panią zainspirował do tak odważnej decyzji?
- Impuls do działania pojawił się kilka lat temu, kiedy nieoczekiwanie znalazłam się na życiowym zakręcie i zapytałam siebie: „Co sprawia, że jestem szczęśliwa?” Rower był pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy. Nigdy nie uważałam siebie za rowerzystkę, ale coś w byciu na dwóch kółkach sprawiało, że czułam pewien specyficzny typ wolności, który pamięta się tylko z dzieciństwa. Dlatego, chociaż nie do końca rozumiałam, skąd wzięła się we mnie chęć podróży, byłam przekonana, że muszę posłuchać głosu swojej intuicji. Wiedziałam też, że ekstremalny wysiłek przetestuje moje możliwości i pozwoli na głębsze samopoznanie. Nie zawiodłam się.

 - Pokonanie 15 tys. kilometrów i odwiedzenie 12 krajów to nie lada wyczyn. Czy tak  po ludzku nie bała się Pani? Ośmielę się stwierdzić, że podczas takich wypraw kobiety są bardziej narażone na różnego rodzaju niebezpieczeństwa.
- Obawiam się, że nadwrażliwość w stosunku do kobiet powiela tylko schematy i stereotypy, które zniechęcają je do wyjścia poza strefę komfortu. Z mojego doświadczenia kobiety bardziej niż na niebezpieczeństwa, narażone są na brak wsparcia ze strony społeczeństwa. Jeżeli chodzi o strach - w mniejszym lub większym stopniu - odczuwamy go wszyscy i jest on zupełnie naturalną emocją. Według mnie zamiast demonizować uczucia, które są niewygodne, powinniśmy stawić im czoło. W moim przypadku, to dzięki stopniowemu zmierzaniu się ze swoimi słabościami, byłam w stanie przemienić swój strach w odwagę.

- Czy to oznacza, ze trasa upłynęła bez większych problemów?
- Pewien szlak znajdujący się na skraju włoskiego wybrzeża na długo zostanie w mojej pamięci. Wędrowałam wtedy po trasie w poszukiwaniu jaskini, kiedy nagle z kieszeni plecaka w dół spadł powerbank z podłączonym do niego telefonem... Chcąc odzyskać rzeczy, zeszłam ze szlaku i osunęłam się 10-20 metrów po prawie pionowej ścianie skały. Kiedy wreszcie się zatrzymałam, poturbowana, zaczęłam mozolną wspinaczkę, niepewnie łapiąc się za odosobnione kępki trawy, które w każdym momencie mogły się oberwać. Poruszałam się wolno, ale metodycznie, aż do momentu, kiedy z głowy spadła mi legendarna czapka z wyprawy. Wróciłam po nią i chwilę później po raz kolejny zjechałam w dół przepaści... Wtedy naprawdę się przestraszyłam. Mój telefon nie miał zasięgu i został na szlaku, który znajdował się 20 metrów nade mną, a mi zrobiło się słabo... Ponad 20 minut zajęło, żeby wrócić na szlak. Pomimo obrażeń kontynuowałam wędrówkę, spotykając na swojej drodze metrowego węża i opuszczając się po dość partyzanckich linach, żeby dotrzeć do upragnionej groty. Nie poddaję się łatwo.

- To niebywałe szczęście, że wyszła Pani z tego cało. Czy nie pojawiły się wówczas zawahania? Nie myślała Pani o powrocie do domu?
- Podczas 13 miesięcy było wiele chwil, w których kwestionowałam słuszność swojej podróży. Nie jestem w stanie opisać, co pchało mnie do przodu, ale miałam wrażenie, że nie robię tego tylko dla siebie. Zdawałam sobie sprawę, że moje dokonanie może być przykładem dla wielu, ale w szczególności zależało mi na dwóch silnie odsłoniętych grupach społecznych, mianowicie kobietach i młodzieży. Przed wyprawą usłyszałam, że jako kobieta nie powinnam podróżować sama i wszystkim tym, którzy nieustannie umniejszali moje umiejętności, ze względu na płeć, chciałam udowodnić, że nie jest to żadne ograniczenie. Miałam również na uwadze młodych ludzi, ponieważ pamiętam, że w okresie licealnym, mi samej brakowało wzorów do naśladowania. Już w czasie podróży spisywałam to, czym mogę się z nimi podzielić, bo wiedziałam, że zwłaszcza w czasie pandemii, młodzież potrzebuje dodatkowych czynników mobilizujących i wsparcia. Teraz dzięki cyklom spotkań organizowanych w szkołach ponadgimnazjalnych, mogę dzielić się z nimi lekcjami z wypraw.

- Podczas podróży, w Pani social mediach, pojawił się nowy, niesamowity bohater, z którym pokonała Pani 4 tys. kilometrów. Proszę przybliżyć Czytelnikom, o kogo chodzi.
- Kot Fryderyk pojawił się na mojej drodze nieoczekiwanie. Wychudzonego i zranionego znalazłam na obrzeżu ruchliwej drogi. Z początku był przestraszony i nieufny, ale wymiałczałam sobie drogę do jego serca. Od pierwszych chwil bardzo się ze sobą związaliśmy i stworzyliśmy zgrany duet. Ja uratowałam go od śmierci, a on dodawał mi skrzydeł, kiedy brakowało mi sił. Niedogodności związane z podróżowaniem z kotem, rekompensował futrzany system grzewczy, który był wyjątkowo użyteczny, zwłaszcza podczas chłodnych nocy pod namiotem. Wyprawa na wiele sposobów zmieniła moje życie, ale dla mnie jednym z jej najważniejszych elementów zawsze będzie zyskanie kociego przyjaciela.  

- Co o Pani wyczynie - bo tak to trzeba nazwać - mówią teraz Pani znajomi, rodzina..? Czy to samo mówili przed wyruszeniem w trasę, czy jednak mieli inne podejście? Z pewnością się o Panią martwili.
- Nietuzinkowe projekty zawsze łączą się ze sceptycznymi komentarzami, więc byłam gotowa na nieprzychylne reakcje. Moja familia przyzwyczajona jest do moich niekonwencjonalnych pomysłów i chociaż na początku nikt nie był wyprawą zachwycony, upór pomieszany z nutką narwania, płynie w naszych żyłach i wszyscy w rodzinie zdajemy sobie z tego sprawę. Świeżość podróży szybko opadła, a oni zaakceptowali moją nową normę. Z kolei moje otoczenie w większości nie traktowało pomysłu tej wyprawy poważnie i spodziewano się chyba, że wrócę do domu po 2-3 tygodniach. Tylko wąskie grono moich najbliższych przyjaciół, nigdy nie wątpiło w sukces wyprawy, ale po przyjeździe usłyszałam te same oklaski z dwóch stron.

- Ile czasu zajęło przygotowanie się do takiej ekspedycji? Mam tu na myśli przygotowanie fizyczne i mentalne.
- W zależności od formy, można powiedzieć, że do wyprawy przygotowałam się w 2 tygodnie albo 2 lata. Samo kupno roweru, sakw, sprzętu namiotowego etc. zajęło około dwóch tygodni, z kolei na przygotowania finansowe potrzebowałam 2 lat. Przeczytałam kilka stron poradnika, którego rady w większości zignorowałam, rower kupiłam na tydzień przed wyprawą i przetestowałam go raz. Nie trenowałam i nie przygotowywałam się fizycznie do długich godzin na rowerze. Stwierdziłam, że północ Europy będzie moim polem doświadczalnym i że wystarczająco przygotuje mnie do momentu, kiedy uderzę w bardziej wymagający teren. Nie myliłam się.

Dalszą część rozmowy z podróżniczką Olą znajdziecie w aktualnym wydaniu Gazety Kociewskiej.

Jacek Trzosowski

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe