Przez dziesiątki lat przetrwała największe sztormy i najmroźniejsze zimy. Nie dosięgła jej także żadna z bomb, które w 1945 roku w tysiącach spadły na Gdańsk. Ugięła się jednak w obliczu głupoty i braku wyobraźni ludzi, którzy z racji pełnionych obowiązków mieli stać na straży i nie dopuścić, aby zabytkowy obiekt, jakim była kilkumetrowa latarnia u wejścia do gdańskiego portu, został w jakikolwiek sposób uszkodzony.
Niewielka latarnia, a właściwie tzw. główka nawigacyjna przypominająca kształtem latarnię, usytuowana na końcu „mola wschodniego” pamiętała jeszcze I poł. XIX wieku.
Pochodziła z 1843 roku, była zabytkiem, charakterystycznym punktem na horyzoncie
Jak podają źródła pochodziła ona z 1843 roku. Choć przez niemal 170 lat przechodziła trudną do określenia liczbę modernizacji, to bez wątpienia można o niej powiedzieć, że była zabytkiem. Latarnia była także charakterystycznym punktem na horyzoncie. Widać ją było niemal przy każdej pogodzie, zarówno z plaży w Brzeźnie, jak i ze lokalizowanego tam mola. Ściągała również uwagę ludzi stojących przy nabrzeżu portowym w Nowym Porcie, tuż przy terminalu promowym. Co najważniejsze, witała i żegnała jednostki pływające wchodzące lub wychodzące z gdańskiego portu.
Choć trudno w to dziś uwierzyć, to w czasach świetności kurortu na Westerplatte (w latach 1831-1918) spacer po „wschodnim molo", czyli po kamiennym falochronie, albo po drewnianym pomoście, należał do obowiązkowego programu atrakcji kąpieliska. Drewniany pomost, który można śmiało nazwać molem, został wybudowany od wewnętrznej
strony falochronu. Był wąski, ale za to bardzo długi, mierzył ponad 800 metrów i był ok. 300 metrów dłuższy od sopockiego mola. U końca, tuż przy latarni, pomost połączony był z falochronem najpierw drewnianym, następnie stalowym mostkiem. Do momentu tegorocznej modernizacji falochronu zachowały się po nim jedynie wystające z wody, zmurszałe pale.
Na końcu moao, u stóp żeliwnej latarni morskiej, można było zobaczyć elegancko ubrane panie w długich sukniach i panów w cylindrach. Inną atrakcję stanowiły cumujące czasem przy molo statki. Spacer ku latarni możliwy był jedynie przy sprzyjającej pogodzie, bowiem silniejszy wiatr powodował przelewanie się fal ponad kamienną i drewnianą konstrukcją. Jednak zdarzali się śmiałkowie, którzy decydowali się na taką wyprawę w gorszych warunkach pogodowych.
Nie znalazła się pod ochroną konserwatorską, nie ma po niej śladu
Dlaczego zatem latarnia nie była wpisana do rejestru zabytków, skoro wszystko mówiło za tym, że powinna była znaleźć się pod ochroną konserwatorską? Wie o tym zapewne jedynie konserwator wojewódzki, czyli ten sam urzędnik, który pozwolił już unicestwić kilka zabytkowych gdańskich obiektów. Wymienię tu choćby pruski spichlerz u zbiegu ulicy Kościuszki i alei Grunwaldzkiej (na jego miejscu stanęła miniaturowa replika w postaci sklepu jednej z niemieckich sieci spożywczych) czy stary młyn w Emaus. Ten sam konserwator od dłuższego czasu nie jest w stanie obronić przed zniszczeniem innego gdańskiego zabytku – dawnej zajezdni tramwajów konnych w Oliwie.
Po czerwonej latarni nie ma niestety już żadnego śladu. Ostatni poprowadził do huty, w której została najprawdopodobniej przetopiona. Tak więc nie spełni się marzenie entuzjastów takich obiektów, którzy na wieść o jej zniknięciu chcieli ją odszukać i postawić w jakimś innym miejscu jako żywe świadectwo historii. Jak się okazało podobny los pięć lat temu spotkał zieloną latarnię, która stała po zachodniej stronie wejścia do portu.
Zielonej latarni też nie ma
Z racji położenia była nieco mniej widoczna z plaży i wspomnianego mola w Brzeźnie, stąd podmiany nikt wcześniej nie zauważył. Dzisiaj stoi tam replika dawnej główki.
Choć dla jednych ta niewielka latarnia to zabytek, to dla innych okazała się zwykłym kawałkiem starego żelastwa. Niemniej nie pojmuję jak ci drudzy mogli tak po prostu unicestwić niemal 200 lat historii. Nie trudno było przecież domyślić się, że ta niewielka latarnia może jednak przedstawiać jakąś wartość historyczną, a przynajmniej sentymentalną dla wieli pokoleń gdańszczan, którzy każdego dnia spoglądali w jej kierunku.
Naprawdę wielka szkoda, że nie zobaczymy już na główce falochronu charakterystycznej czerwonej latarni, tej która stała tam przez dziesiątki lat. Owszem zobaczymy inną, może nawet kształtem, wymiarami i kolorem będzie przypominać swoją poprzedniczkę. Dla mnie jednak, i podejrzewam, że dla tych wszystkich, którzy przyzwyczaili się do widoku ledwie kilkumetrowej czerwonej latarni, nie będzie już to samo. Patrząc na nową główkę nawigacyjną będziemy widzieli starą, która przez ludzką głupotę zniknęła na zawsze z miejsca, z którego przez niemal 170 lat wskazywała kapitanom statków wejście do gdańskiego portu.
Post scriptum:
Niedawno jechałem autem ulicą Marynarki Polskiej, wzdłuż stoczniowych terenów. Na wysokości hali, na której widnieje napis „Stocznia Gdańska” zauważyłem leżący na ziemi charakterystyczny element stoczniowego dźwigu. Była to tylko wycięta część ogromnej konstrukcji. Niestety, najprawdopodobniej był to jeden z dźwigów, które od kilku dekad są nieodłączną częścią krajobrazu Gdańska. Istnieje więc możliwość, że za kilka lat także one znikną z naszych oczu. Nikt z decydentów przy sprzedaży Stoczni Gdańskiej nie wykazał się bowiem na tyle intuicją, aby zadbać o stalowe dźwigi tworzące morski klimat w naszym mieście. Czy zatem i one wszystkie znikną pewnego dnia?






Napisz komentarz
Komentarze