Omówione są dzielnice Śródmieścia: Prawe Miasto, Zamczysko, Stare Miasto, Osiek, Stare Przedmieście, Spichlerze, Ołowianka, Długie Ogrody, Rudno, Dolne Miasto, Nowe Ogrody, Grodzisko, Biskupia Górka, Zaroślak, Młode Miasto. Odnaleźć można informacje związane z pojawieniem się pierwszego zapisu każdej dzielnicy, pojawianiem się nazw ulic, opisane są dzieje dzielnic. W następnym rozdziale „Dzielnice poza Śródmieściem” czytamy informacje na temat 55 dzielnic znajdujących się na tym obszarze.
"Od Gyddanyzc do Wielkiego Gdańska. Dzielnice Gdańska - nazwy, historia" to tytuł nowej książki Andrzeja Januszajtisa, która ukazała się na rynku nakładem wydawnictwa Marpress. Książka podzielona jest na rozdziały.
Ściągawka z kryminałem w tle
Promocję, z udziałem autora, zorganizowała – w Bibliotece Manhattan w Gdańsku - Wrzeszczu – Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. Josepha Conrada Korzeniowskiego.
- Pan Profesor przyzwyczaił nas do tego, że każdego roku pojawia się kilka jego publikacji, przed wejściem zwierzył się, że pracuje nad kolejna książką dotyczącą Gdańska – powiedział na wieczorze promocyjnym Stanisław Sikora, laudator, przewodnik PTTK, były radny Miasta Gdańska. - Chciałbym po raz kolejny podkreślić rolę pana Profesora w popularyzacji wiedzy o Gdańsku. Książka dotyczy dziejów miasta od pierwszego zapisu, który wiąże się z pobytem św. Wojciecha w 997 roku, wtedy nazwę Gdańska zapisano po łacinie Gyddanyzc. I tak w ośmiu rozdziałach autor, w sposób do tej pory niespotykany, zebrał w intelektualną całość to, co w Gdańsku jest ważne, istotne i najważniejsze. Ta całość jest niesamowita, siła jej polega na tym, że jest to pozycja encyklopedyczno – popularno – informacyjna. Śmiem twierdzić, że – obok znanej wszystkim chyba publikacji „Z uśmiechem przez Gdańsk” – będzie to najpopularniejsza jego książka.
- Pisząc tę książkę miałem „ściągę” – zaczął opowieść o powstaniu publikacji Andrzej Januszajtis. – W 1997 roku wyszła „Wielka księga Miasta Gdańska”. – Kilka lat wcześniej pojawił się tu wydawca, pan Krzysztof Matusiak z Poznania, który założył wydawnictwo „Koziołki Poznańskie” i wydał „Wielką księgę Poznania”. Ponieważ zbliżało się 1000 – lecie pierwszej wzmianki o Gdańsku, założył filię swojego wydawnictwa w Gdańsku, którą nazwał „Gdańskie Lwy”. Spotkałem się z nim, pomysł mi się spodobał i zgodziłem się zostać redaktorem merytorycznym tej księgi.
Andrzej Januszajtis ułożył jej treść, napisał kilka rozdziałów, zgromadził wielki zespół najwybitniejszych wtedy specjalistów, historyków, historyków sztuki, historyków architektury itd. I zaczęła się praca. Zaczątkiem książki, która obecnie została wydana, był napisany przez niego rozdział „Od Gyddanyzc do Wielkiego Gdańska” – około 70 stronic, też bardzo bogato zilustrowanych. Pisząc obecną książkę dał jej ten sam tytuł.”
- Tamta księga ukazała się z opóźnieniem, ale pojawiły się problemy, wydawca pojechał do Warszawy, gdzie założył nowe wydawnictwo i zaplanował „Wielką księgę miasta Warszawy”. Chciał dobrze, ale był trochę mitomanem, zaciągał długi i zakładał kolejne wydawnictwa, szykując nową książkę próbował pokryć poprzednie długi. Wiadomo było, że to się źle skończy i w rezultacie ukazało się tylko 400 egzemplarzy naszej „Wielkiej Księgi Miasta Gdańska”. Poszły do tych, którzy je zamówili. U wydawcy, który był ścigany sądownie, zostało 1100 nieoprawionych bloków. Wraz ze Stowarzyszeniem „Nasz Gdańsk” chcieliśmy kupić 200 bloków, oprawić, sprzedać, zarobić na następne bloki i w ten sposób sprawić, żeby tych 1100 egzemplarzy rozeszło się między ludźmi. – kontynuuje Januszajtis. Niestety, wydawca postawił cenę zaporową, chciał, żeby od razu kupić wszystko i nic z tego nie wyszło. Te bloki gdzieś leżą, nieoprawione, nieczytane, o ile nie poszły na przemiał. A materiał był ogromny, zawierał nie tylko historię dzielnic, ale dzieje całego Gdańska do 1945 roku. Dzisiaj wielu autorów już nie żyje, wśród nich – wybitny historyk, prof. Jan Powierski, który obszernie opisał czasy krzyżackie.
Przedwojenny Gdańsk był przepojony duchem indywidualnych właścicieli kamieniczek
Kiedy Andrzej Januszajtis zaproponował wydawnictwu Marpress, żeby wydać tamten rozdział jako osobną książkę i spotkał się z aprobatą, przystąpił do pracy, jeszcze raz sprawdził wszystkie dane, dodał nowe informacje i uwzględnił nowe hipotezy, zwłaszcza te, które dotyczą powstania Gdańska.
- Są dziś autorzy, na przykład prof. Błażej Śliwiński, którzy kwestionują początki Gdańska na Głównym Mieście, twierdzą że za czasów św. Wojciecha coś istniało ewentualnie na Gradowej Górze, czyli tzw. Grodzisku i u podnóża. Nie jest to jeszcze dowiedzione, faktem jest, ze na Głównym (dawnym Prawym) Mieście, najpiękniej odbudowanej dzielnicy Gdańska, ciągle nie możemy odkryć zbyt wielu pozostałości z tych najdawniejszych czasów. Owszem, pod Ratuszem Głównego Miasta, najstarsze dane dendrochronologiczne pokazują 901 rok, ale zasięg badań jest za mały, osobiście sądzę, że jednak na Głównym Mieście jeszcze coś się znajdzie, ale może prof. Śliwiński ma rację?
Autor książki jest też zdania, że jeżeli na grodzie w zakolu Motławy dendrochronologia podważyła datowanie, to tylko na skraju tego rejonu osadniczego, natomiast nie sprawdzono części środkowej, gdzie było siedemnaście pokładów osadniczych. Licząc od 997 do 1308 roku wszystko pasuje.
- Natomiast jeżeli zaczniemy liczyć od 1150 roku i policzymy tych siedemnaście pokładów, to się okaże, że każdy z nich trwał raptem 9 czy 10 lat. – rozważa Andrzej Januszajtis. – Jest to absurd, nie jest możliwe, żeby ludzie co 10 lat rozbierali swoje domy, wyrównywali teren i budowali nowe, to jest czas o wiele krótszy niż pokolenie. Ciągle jeszcze mamy za mało danych, na pewno prawda leży gdzieś pośrodku.
Tak więc Andrzej Januszajtis opracował materiał o dzielnicach Wielkiego Gdańska, uaktualnił, dodał trochę wiadomości o czasach współczesnych, zaopatrzył w dodatkowe ilustracje. Oczywiście wszystkie współczesne zdjęcia są kolorowe, w druku mamy czarno - białe, po to żeby koszty wydania, przez to cena egzemplarza, nie były zbyt wysokie.
- Historia każdej z dzielnic gdańskich zaskakuje – mówi Januszajtis. – Zajmowałem się tym od lat, zwłaszcza Śródmieściem, od czasu, kiedy przybyłem do Gdańska. Np. interesowałem się, jak ulica, na której zamieszkałem w Gdańsku, wyglądała przed wojną. W Bibliotece Gdańskiej PAN i Archiwum Państwowym docierałem do źródeł i przekonałem się, że na mojej ulicy, gdzie stoją trzy domy i tylko po jednej stronie, stało po obu stronach 66 kamieniczek. Na Starym Mieście były tysiące kamieniczek, nie tylko na Głównym Mieście. Znalazłem przedwojenne zdjęcia ulicy Korzennej w okolicach hotelu Scandic, jeszcze z tramwajem, tam stała kamieniczka przy kamieniczce.
Idąc wzdłuż Raduni koło dopiero po wojnie tak nazwanego Małego Młyna (nigdy nie był młynem, to był skład paszy dla Wielkiego Młyna, prawdziwy Mały Młyn był całkiem gdzie indziej, został ślad przy ul. Na Piaskach) – jest przejście wzdłuż NOT. Tam była ulica Bednarska, przecinała Rajską i szła aż do Korzennej. Januszajtis znalazł zdjęcie z wieży kościoła św. Katarzyny i znowu – zaskoczenie – kamieniczka przy kamieniczce.
- To były wspaniałe ciągi uliczne przypominające Amsterdam – mówi autor. – Cieszę się, ze na Głównym Mieście udało się tak wiele odbudować, natomiast martwi mnie, że w tej chwili odbudowę kamieniczek zastępuje się karykaturami. – Błąd polega na tym, ze dalej, jak w czasach komuny, myślimy kategoriami wielkich bloków, tymczasem dawny Gdańsk był przepojony duchem indywidualnych właścicieli kamieniczek.
Na Waryńskiego, Wajdeloty, Matejki we Wrzeszczu – wrócić do epoki fin de siècle
„Naszą Wielką Ojczyzną jest Polska, ale na co dzień żyjemy w mniejszych i całkiem małych ''ojczyznach'' - regionach, wsiach, miastach i dzielnicach. Z dnia na dzień rośnie zainteresowanie ich historią. Mieszkając w jakiejś okolicy, chcemy wiedzieć, jak się rozwijała, skąd pochodzi jej nazwa, kto w niej mieszkał przed nami, co w niej było niezwykłego. Książka o dzielnicach Gdańska odpowiada na te pytania. Mapki pozwalają zlokalizować omawiane miejsca w terenie, a ilustracje, w znacznej części archiwalne, przypominają, jak wyglądały w przeszłości. Znając historię, lepiej rozumiemy teraźniejszość. Można powiedzieć, że czujemy się bardziej u siebie, co jest szczególnie ważne w Gdańsku. Ta książka pomaga zrozumieć jego historyczną wielokulturowość i czerpać ze starych tradycji wszystko, co było dobre i piękne.” Czytamy w słowie od wydawcy na odwrocie książki Andrzeja Januszajtisa "Od Gyddanyzc do Wielkiego Gdańska. Dzielnice Gdańska - nazwy, historia".
Podczas spotkania w Bibliotece Manhattan jeden z Czytelników zapytał o dzielnicę Piecki, w której mieszka.
- Piecki mają bardzo bogatą historię, w 1807 roku w pałacyku, obiekt na szczęście istnieje, zachowały się resztki parku, była kwatera marszałka Franciszka J. Lefebvre, który, za zdobycie Gdańska dostał od Napoleona tytuł „Księcia Gdańska” – mówi Andrzej Januszajtis. – Byliśmy na jego grobie na cmentarzu w Paryżu, na jego sarkofagu widnieje herb Gdańska, wyryto również napis „Książę Gdańska”. Większa część pieckowskiego parku – powstają tam wieżowce – zniknęła, niestety, szkoda, bo można było pogodzić jedno z drugim.
(…) Obok historycznego rozwoju, wydarzeń i związanych z tymi terenami ludzi interesujące jest także pochodzenie nazw topograficznych i ich przemiany. Ogromna większość nazw na terenie Wielkiego Gdańska narodziła się jako polska, lub jak kto woli pomorska. Wiele z nich przetrwało, mimo zniemczenia ich postaci. Dobrym przykładem są Piecki. Pierwotny zapis „Byssekir”, oznaczający Biesiekierz, uległ w czasach krzyżackich zniekształceniu na „Pieskendorf”, później dalszemu na „Pietzkendorf”, co wtórnie spolszczono na Piecki” (…) – napisał w rozdziale „Od Autora” Andrzej Januszajtis.
- Ze trzydzieści lat temu byłem w ówczesnej stolicy RFN, miałem trochę czasu i przeszedłem się do dzielnicy nad Renem, gdzie zobaczyłem ulice z domami, z ogródkami, podobnymi jak w dolnym Wrzeszczu – opowiada Januszajtis. – Różnica była tylko tak, że tam wszystko było idealnie czyste, wypielęgnowane. Pomyślałam sobie: Wrzeszcz może tak samo wyglądać. Ulica Wajdeloty, Waryńskiego, czy tutaj – Matejki. W wielu miejscach już ludzie dbają o te ogródki. Można by zrobić dzielnicę kwitnącą taką, jak była w epoce fin de siècle (końca stulecia), bo wtedy, po wybudowaniu kolei, Wrzeszcz zaczął się rozwijać, zaczęły powstawać wille, milionerzy się tu osiedlali, wybitni architekci działali, wśród nich np. Jan Fryderyk Henkenhaf z Heidelbergu, którego pałacyk stoi do dziś przy ulicy Pawłowskiego.






Napisz komentarz
Komentarze