Skończyłem właśnie 15 lat i nie trzeba mnie było namawiać do udziału w harcerstwie. Ojciec już dwa lata wcześniej zginął w niemieckim kacecie w Oświęcimiu i uważałem za oczywisty obowiązek walczyć z wrogiem w każdej dostępnej dla mnie formie.
14 lutego 1942 r., dokładnie 70 lat temu, powstała Armia Krajowa. Ileż wspomnień budzi ta rocznica! Nie byłem w Armii – miałem za mało lat, ale brałem czynny udział w związanym z nią podziemnym harcerstwie, tzw. Szarych Szeregach. Zaczęło się to jesienią roku 1943.
Po ukończeniu szkoły powszechnej w okupowanym Lublinie jedyną możliwością dalszego kształcenia było szkolnictwo zawodowe.
Złożyłem przysięgę i założyłem zastęp harcerski
Gimnazja ogólnokształcące były dla Polaków niedostępne, zostałem więc uczniem I klasy Szkoły Budowlanej. Mieszkaliśmy z Mamą i młodszą siostrą na Cechówce, ¬robotniczym przedmieściu, na które Niemcy praktycznie nie zaglądali. Starsza siostra, czynna działaczka Szarych Szeregów, mieszkała w klasztorze Urszulanek, gdzie pracowała jako wychowawczyni prowadzonej przez zakonnice ochronki. Skończyłem właśnie 15 lat i nie trzeba mnie było namawiać do udziału w harcerstwie. Ojciec już dwa lata wcześniej zginął w niemieckim kacecie w Oświęcimiu i uważałem za oczywisty obowiązek walczyć z wrogiem w każdej dostępnej dla mnie formie. Złożyłem więc przysięgę i założyłem zastęp harcerski, do którego namówiłem chłopców z najbliższej okolicy, a moi dowódcy dosłali mi jeszcze dwóch. Razem było nas siedmiu, przez pewien czas ośmiu. Większość zbiórek odbywała się w sublokatorskim pokoiku, w którym mieszkaliśmy, przy nieistniejącej już dziś ulicy Drobnej 70 a. Do każdej zbiórki musiałem się starannie przygotowywać, zwłaszcza do gawęd, które jak wiadomo są nieodłączną częścią pracy zastępowego. Wybierałem tematy historyczne, patriotyczne i moralno-etyczne. Po każdej gawędzie następowała dyskusja. Aby nie przeciążać druhów, z reguły młodszych ode mnie, co 20–30 minut wprowadzałem ćwiczenia fizyczne i elementy zabawy. Uczyłem też siebie i moich druhów podstaw orientacji w terenie. Rodzajem nauki, połączonej z zabawą, były zaczerpnięte z powieści „Kim” Rudyarda Kiplinga ćwiczenia w zapamiętywaniu i precyzyjnym opisywaniu rozłożonych na stole przedmiotów lub obiektów (budynków, sklepów itp.) napotykanych na ulicy, po której się chodziło. Ćwiczyliśmy się również w wykonywaniu szkiców topograficznych.
Wkrótce przyszedł czas na poważniejsze zajęcia. Korzystając z osłony wcześnie zapadających ciemności zjawiał się u nas jeden z dowódców, druh Kostek, ubrany w obszerną pelerynę, pod którą dźwigał cały arsenał różnego rodzaju broni. Wyładowywał to wszystko na stół i uczyliśmy się rozbierać, czyścić, ładować i rozładowywać pistolety różnych typów. W przyszłości mieliśmy z nich strzelać w jakimś odległym lesie.
Rozprowadzaliśmy podziemny Biuletyn Informacyjny, malowaliśmy na ścianach żółwie i napisy: „Polska żyje!”, „PPR wróg!”, zbieraliśmy rozrzuconą na polach broń, by ją potem przekazać we właściwe ręce.
Czasem nasz drużynowy przynosił kieszonkowe radio. Nigdy nie zapomnę, jak pierwszy raz, po założeniu słuchawek, usłyszałem ów zaczerpnięty z Piątej Symfonii Beethovena sygnał kotłów i zapowiedź w języku polskim: bum, bum, bum, bum – tu mówi Londyn! To podtrzymywało na duchu. Wiedzieliśmy, że nasza Ojczyzna nie jest osamotniona w walce. Często też dostawaliśmy do czytania i rozprowadzania kolejne numery podziemnego Biuletynu Informacyjnego, które przywracały optymizm.
Potem przyszły akcje, nie zbrojne wprawdzie, ale niebezpieczne. Po godzinie policyjnej skradaliśmy się przez zaciemnione miasto do wyznaczonych miejsc, żeby malować na ścianach napisy i rysunki. Podczas akcji dwóch stało na czatach, trzeci trzymał wiadro z farbą, czwarty malował. Gdy Niemcy zapowiadali „błyskawiczną wojnę” (Blitzkrieg), na murach pojawiały się namalowane żółwie i napisy „Polska żyje!” Trzeba było także ostrzegać przed wrogiem wewnętrznym. Gdy Sowieci zaczęli organizować komunistyczne oddziały, pisaliśmy „PPR wróg!” Sprzyjało nam szczęście; ani razu nie spotkaliśmy żandarmów, którzy mogli nas w każdej chwili zastrzelić. Tamtej jesieni, w ciągu jednego tylko miesiąca, członkowie lubelskich Szarych Szeregów, których było niespełna 300, potrafili rozprowadzić ok. 500 pism, wydanych przez komórkę dywersji i propagandy (tzw. „N”), namalować 45 napisów antyniemieckich i wysłać do Niemców w Lublinie 220 listów nękających i ostrzegających. Najbardziej spektakularną akcją było rozplakatowanie wiosną 1944 r. sfałszowanego zarządzenia komendanta niemieckiej policji, nakazującego wszystkim lubelskim Niemcom niezwłoczną ewakuację, co spowodowało wśród nich prawdziwą panikę!
Tak przygotowywaliśmy się do spodziewanego udziału w walkach. Proces zaprawy bojowej przerwało wkroczenie Armii Czerwonej 24 lipca 1944 r. Dwa dni wcześniej Armia Krajowa opanowała wiele ważnych obiektów w mieście! Młodzieży harcerskiej przypadło w udziale pilnowanie ich i zbieranie rozrzuconej na polach broni, by ją potem przekazać we właściwe ręce. Lokalne dowództwo AK popełniło jednak błąd: zaufało komunistom i udało się na rozmowy o dalszej wspólnej walce. Rezultat był tragiczny – aresztowano ich i zesłano do Rosji, gdzie wielu z nich stracono. Harcerze z Szarych Szeregów zajęli się pracą organiczną w działającym przez pewien czas na starych zasadach Związku Harcerstwa Polskiego. Po „reformie” 1948 r. wierni tym zasadom musieli się wycofać.
Ileż wspomnień budzi ta rocznica! Siedemdziesięciolecie Wielkiej Sprawy
Czasem nasz drużynowy przynosił kieszonkowe radio. Nigdy nie zapomnę, jak pierwszy raz, po założeniu słuchawek, usłyszałem ów zaczerpnięty z Piątej Symfonii Beethovena sygnał kotłów i zapowiedź w języku polskim: bum, bum, bum, bum – tu mówi Londyn! To podtrzymywało na duchu. Wiedzieliśmy, że nasza Ojczyzna nie jest osamotniona w walce.
- 24.02.2012 08:30 (aktualizacja 01.04.2023 12:40)

Reklama








Napisz komentarz
Komentarze